Follow us on:


 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 
General: Nadchodzą zmiany...
Posted by cezar on 08-01-2011

Sylwestra 2010/11 spędziliśmy w Cape Town. Nowy rok przynosi zmiany i tak też jest w naszym przypadku. Przejechaliśmy samochodem przez 22 kraje, przemierzając ponad 33.000 km. Zrobiliśmy trasę Kraków - Cape Town lądem. Stojąc na przylądku Dobrej Nadziei to osiągnięcie nie wydaje się już wcale hard-core’owe, a objechanie świata samochodem jest jak najbardziej osiągalne, ale...

Dla nas ta podróż kończy się właśnie tu, po przejechaniu kontynentu afrykańskiego. Po tym, w sumie najtrudniejszym etapie, który już za nami, okazało się niestety, że nie jesteśmy w stanie kontynuować tej podróży. Powody można mnożyć, ale wolimy zachować je dla siebie. W tym miejscu chcemy podziękować wszystkim tym, którzy trzymali za nas kciuki i wspierali nas duchowo lub dostarczali niezbędnych informacji, gdy pojawiały się problemy. Relacje, o dziwo czytliwe, mimo naszych skromnych umiejętności pisarskich kończą się w Cape Town, dziękujemy za wszystkie komentarze i opinie. Może dzięki tym dziennikom podróży znajdzie się choć jedna osoba, która zainspirowana naszymi przeżyciami odwiedzi któreś z krajów na naszej trasie - a może dokończy podróż za nas? Nam udało się zrealizować jedynie część planu - czy żałujemy? Oczywiście, że tak - klamka jednak zapadła, więc teraz trzeba wyciągnąć wnioski i iść do przodu. “Nie potykają się tylko ci, co pełzają”.
Ekipa, oprócz Ariela, wraca do ojczyzny i próbuje odnaleźć się na nowo w mroźnej rzeczywistości, samochód przypływa chwilę później. Ariel natomiast kompresuje zawartość 150kg torby do 15kg plecaka i kontunuuje podróż, już za kilka dni lądując w Ameryce Południowej. Hakuna Matata!

top galeria

General: Cape Town
Posted by filip on 08-01-2011

Do stolicy RPA przybyliśmy około południa. Bez większego problemu odnaleźliśmy hostel, w którym mieliśmy rezerwacje na sylwestra. St. John’s Waterfront Lodge okazał się bardzo przyjemnym miejscem. Wygodne, ciche, z basenem i w dobrym miejscu jeśli chodzi o poruszanie się po Cape Town. Wieczór sylwestrowy spędziliśmy w dzielnicy Waterfront, niedaleko portu. Przyzwyczajeni do krakowskich pokazów sztucznych ogni bardzo się rozczarowaliśmy tym, co zaprezentowano tutaj. Cape Town nie zaimponowało nam też jeśli chodzi o noworoczne imprezy. Nawet w wieczór sylwestrowy nie zniesiono zakazu sprzedaży alkoholu po 2 w nocy i już o 3 wszyscy byliśmy w, niestety własnych, łóżkach.
W nowym roku czekało nas zorganizowanie wysyłki samochodu kontenerem. Ze znalezieniem odpowiedniej agencji nie było problemu - zgromadziliśmy niezbędne kontakty już w Durbanie. Najcięższą częścią operacji było wysprzątanie samochodu. Dlatego zapłaciliśmy za to rdzennym fachowcom ;] Kiedy auto już się błyszczało, musieliśmy urządzić wielkie przepakowanie. Wszystkie niezbędne bagaże upchnęliśmy w plecakach. Wyciągnęliśmy cały ekwipunek z samochodu, zdjeliśmy trumny, kanistry i zbiorniki z dachu. I wszystko to upchleliśmy we wnętrzu samochodu. Tak przygotowany wehikuł pozostało nam tylko zapakować do podstawionego kontenera i oczekiwać go w porcie przeznaczenia.

top galeria

General: The Big Hole & Penguin Beach & Route 62 & Cape of Good Hope
Posted by filip on 08-01-2011

Durban opuściliśmy około południa. Po północy dotarliśmy do miasteczka Kimberly znanego ze względu na znajdującą się w nim Wielką Dziurę. The Big Hole jest pozostałością po największej odkrywkowej kopalni diamentów w Afyce. Następnego ranka po kolejnej nocy spędzonej na stacji benzynowej wybraliśmy się zobaczyć tą sławną kopalnię. Zdecydowaliśmy się wyłożyć trochę więcej na bilety co umożliwiło nam dodatkowo obejrzenie filmu o powstaniu i rozwoju tej kopalni oraz zwiedzenie podziemia. Film był zaskakująco ciekawy. Opowiadał o odkryciu i wydobyciu diamentów w tym regionie.
Przed windą, która miała nas zabrać pod ziemię przeczytaliśmy ostrzeżenie o symulowanych eksplozjach mających wprowadzić nas w odpowiedni nastrój do zwiedzania kopalni. Ale żadne ostrzeżenie nie jest w stanie przygotować do dwuminutowej jazdy windą, która w tym czasie pokonuje około 5 m. wysokości. Na tej przerażającej głębokości zobaczyliśmy tunel, który mógł dawno temu faktycznie być częścią kopalni, ale pewności nie ma. Teraz poza elementami starego górniczego wyposażenia znajdowały się w nim tablice, z których można było się dowiedzieć jak przebiegał typowy dzień w kopalni, jak rozwijały się techniki wydobycia itd. Tunel doprowadził nas do sporej hali, w której można nauczyć się jeszcze więcej na temat histori kopalni oraz zobaczyć m.in. repliki najsławniejszych diamentów świata.
Z Kimberly ruszyliśmy na południe w stronę Cape Town. Po drodze czekało nas jeszcze najwyższe bungee świata, zwiedzanie południowoafrykańskich winnic oraz plaża pingwinów. No i oczywiście Przylądek Dobrej Nadzieji.
Od razu po pobudce następnego dnia że pogoda nie dopisała nam do skoku z najwyższego bungee świata. Most, z którego się skacze był całkowicie ukryty w chmurach. Pomimo że perspektywa spadania aż 216m jest bardzo pociągająca, nie zdecydowaliśmy się. Nurkowanie w chmurze to jednak nie to samo i dla nas nie było warte takiej samej opłaty. Trochę rozczarowani ruszyliśmy dalej.
Dolina wypełniona winnicami faktycznie jest przepięknym miejscem. Odwiedziliśmy kilka z nich w mniejszym lub większym stopniu korzystając z możliwości degustacji. Winnic jest tak dużo, że wytrwały degustator mógłby za darmo doprowadzić się do naprawdę nieprzyzwoitego stanu. Pod warunkiem że miałby do dyspozycji szofera.
Odnalezienie plaży pingwinów nie było już takie proste. Kierując się GPS-em dotarliśmy do plaży, która była swoją drogą bardzo ładna, ale nie zauważyliśmy ani jednego nielota. Zaczęliśmy wątpić czy uda nam się wytropić jakiekolwiek pingwiny, ale okazało się że wystarczy podążać za znakami. Dlaczego pingwiny wolą ten konkretny kawałek plaży od jakiegokolwiek innego pozostaje tajemnicą. Może dostają procent od sprzedaży biletów, bo oglądanie ich oczywiście nie jest darmowe. Cena nie jest wysoka a w przeliczeniu na pingwina praktycznie żadna, bo są ich setki jeśli nie tysiące. Cokolwiek zwabia je na ten konkretny kawałek wybrzeża jest bardzo skuteczne.
Spaliśmy nad brzegiem oceanu, na parkingu należącym do prywatnego klubu żeglarskiego. Noc spędziliśmy bardzo komfortowo, pomimo że silny wiatr bez przerwy bujał samochodem. Bladym świtem, bo już o 6:30 obudził nas ochroniarz. Obawiał się on że jeśli ktoś nas tu zobaczy, złoży na niego skargę, ale kiedy obiecaliśmy że przed 9 się wyniesiemy nie przegonił nas. Później byliśmy mu nawet wdzięczni za wczesną pobudkę bo tym sposobem na Przylądek Dobrej Nadzieji dojechaliśmy już koło 9. Uniknęliśmy w ten sposób tłumów, które zaczęły się tam zjeżdżać już od 10. Jak się okazało ten przylądek nie jest ani najbardziej wysuniętym na południe punktem Afryki, ani miejscem w którym łączą się oceany. Co czyni to miejsce tak wyjątkowym nie wiadomo, ale czuć to w powietrzu. Szampan poszedł w ruch i ozdobił nasz wehikuł. Potem wybraliśmy się do punktów widokowych położonych na skałach. Należy zachować ostrożność – strasznie wieje, ale widok jest warty wysiłku i odrobiny ryzyka.

top galeria

General: Swaziland & Durban
Posted by cezar on 08-01-2011

Po wyjeździe z Krugera naszym kolejnym celem był Swaziland. Jeden z najmniejszych krajów Afryki, usytuowany na zboczach gór Smoczych, zamieszkiwany przez niespełna 1,5 miliona ludzi, z czego 60.000 żyje w stolicy Mbabane, bezrobocie wynosi 40%, ale wszyscy wydają się być szczęścliwi, król ostatnio ożenił się po raz 11sty, a drzewa w lasach rosną w równych rzędach. Pojechaliśmy do opuszczonego miasteczka Bulembo, do którego wiodła bardzo kiepska, morka i stroma błotnista droga - w dół. W jedną stonę bez problemu, gorzej było w drodze powrotnej, dlatego zdecydowaliśmy się przespać przed największą górą i poczekać aż rano słoneczko wysuszy drogę. Po kolacji bardzo źle się poczułem, wymiotowałem całą noc. Byłem pewien, że to zatrucie pokarmowe, gdyż piłem niepitną wodę i herbatę z termosu po zepsutej kawie oraz zjadłem mega tłuste grzanki francuskie tego dnia i gazylion chipsow. Nastepnego dnia odwiedziliśmy Mbabane, umierałem w samochodzie cały dzień, chciałem zrobić test na malarię dla pewności, ale objawy miałem średnio malaryczne. W szpitalu zwątpiłem w życie i testu nie zrobiłem, więc pojechaliśmy prosto do Durbanu w RPA. Po drodze poczułem się znacznie lepiej, co uśpiło moją uwagę. Przejazd przez granicę przeszedł bardzo sprawnie, a wjazd do RPA nie kosztował nas ani centa.
Durban jest największym miastem w prowincji KwaZulu-Natal, posiada największy port w RPA i największe oceanarium na świecie - tu mieliśmy wsadzić busa na statek. Słynie też z przepięknych plaż, jest miastem turystycznym i mafijnym - ogólnie sprawia ciekawe wrażenie i nowoczesnością nie odstaje wielkim miastom USA. Strasznie długo szukaliśmy sensownego hostelu, aż w końcu wylądowaliśmy w centrum miasta w Banana Backpackers, którego szyld zobaczyliśmy kompletnym przypadkiem. Na pierwszym piętrze kamienicy znajdował się wielki dziedziniec z basenem, stolikami i grillem, a dookoła znajdowały się pokoje, łazienki, kuchnia, bar itp. W sobotę, 2 dnia w Durbanie pojechałem zrobić test na malarię do publicznego Addington Hospital, gdzie mimo 39,5*C gorączki dowiedziałem się od śmierdzącej, otyłej pani doktor, który chyba nie zrozumiała przysięgi Hipokratesa, że nie umieram póki co i żebym wrócił w poniedziałek, bo laboratorium jest zamknięte, jest okres przedświąteczny, a tak w ogóle to jak to test na malarie i skąd ten pomysł, na pewno się przeziębiłem. W międzyczasie chłopaki szukali agencji, która pomoże nam z wysyłką samochodu z RPA. W poniedziałek czułem się już tak tragicznie, że pojechałem do prywatnego lekarza, którym okazała się 60letnia zakapturzona od stóp do głów pani muzułmanka doktor. Nie byłoby w tym nic złego, ani dziwnego, gdyby nie to, że postawiła diagnozę zanim jej opisałem objawy, zmierzyła mi temperaturę moim termometrem(mogłem wziąć też stetoskop;/), dostałem 2 zastrzyki w tyłek i garść leków bez ulotki dołączonej do opakowania, którego też nie było. A nawet nie dało się jej w oczy spojrzeć żeby obczaić czy jej dobrze patrzy z nich;) Na szczęście pobrała mi krew i wreszcie zrobiłem ten test na malarię. Popołudniu dostaliśmy smsa 'Cezar has malaria, plz call me for meds' i tak wesoło pomaszerowałem do apteki kupując, jak się później okazało kompletnie nieskuteczny, za słaby i nie na ten szczep malarii lek, którym leczyłem się do czwartku. W czwartek już wiedzieliśmy, że auto wysyłamy z Cape Town, więc w Durbanie trzymała nas tylko moja malaria. Zdecydowałem się odwiedzić najdroższy prywatny szpital St. Augustines w Durbanie, gdzie doba kosztuje prawie €400, ale szpital jest prawie jak Hilton - na szczęście ubezpieczalnia po wielkiej awanturze pokryła koszty przelewem, więc nie musiałem płacić ani grosza. Początkowo twierdzili, że moje ubezpieczenie nie pokrywa kosztów leczenia chorób tropikalnych, jaką jest malaria. Mamusia zrobiła świąteczną awanturkę(24 grudnia - kroplówka zamiast karpia!) w centrum zgłoszeń i nagle się okazało, że nie pokrywają kosztów leczenia malarii jeśli zachorowało się na nią wskutek wypadku, natomiast jeśli jest to normalne zachorowanie, płacą bez problemu 100% kosztów leczenia. Jeśli ktoś zna przypadek zderzenia z monstrualnych rozmiarów komarem lub inny sposób zachorowania na malarię poprzez wypadek - czekamy na maile. W wielkim skrócie, w szpitalu dostałem porządne leki, wypisałem się na własne życzenie po 36h i samodzielnie udało mi się zażywać tabletki przez kolejne 2 dni, po których malaria zniknęła i opuściliśmy znienawidzony przeze mnie Durban.

top galeria

General: Kruger National Park
Posted by ariel on 08-01-2011

Mówi się, że w Zimbabwe bardzo ciężko znaleźć coś w najmniejszym stopniu porównywalnego ze słynnymi Victoria Falls. Postanowiliśmy jednak nadłożyć dodatkowe 150 kilometrów i przekonać się o tym na własnej skórze - odwiedzając polecane przez przewodnik ruiny Greate Zimbabwe. Niestety powyższa opinia wydaje się być prawdziwa i przynajmniej w naszych oczach ruiny to kompletna strata czasu i pieniędzy. Dlatego szybko postanowiliśmy wrócić do samochodu i pokierować się w stronę Parku Narodowego Krugera –już bardzo długo przez nas wyczekiwanego. Przekroczenie granicy przebiegło wyjątkowo sprawnie – kilka pieczątek, opłat i różnego typu świstków – i jesteśmy w RPA. Zgodnie z planem mieliśmy się zatrzymać gdzieś za granicą i zjeść kolację przygotowaną przez Filipa. Jednak spotkane po drodze KFC było wystarczającym powodem do zmiany planów – w końcu od Aswanu (Egipt) nie mieliśmy w ustach ‘finger fucken lickin’ good’ kurczaków od wujka Colonel’a. Pod zamknięte bramy Parku Narodowego dotarliśmy około 23:00 – więc musieliśmy przenocować na przydrożnym parkingu do czasu ich otwarcia. Rano zakupiliśmy bilety wstępu – 18 Euro/dziennie oraz rozpoczęliśmy przygodę z najsłynniejszym rezerwatem w RPA. Nie mieliśmy szczególnego planu oprócz tego, że chcemy przejechać z samej północy na półudnie parku, spędzić tak 3 lub 4 dni i koniecznie zobaczyć słynną BIG FIVE: lew, słoń, nosorożec, lampart i bawół. Wszystkie z powyższych założeń udało się nam spełnić. Pewne wątpliwości mamy jedynie co do lwa – którego widzieliśmy z dość dużej odległości. Jednak strażnicy parku twierdzili, że bez wątpienia jest to lew- dlatego nie pozostaje nam nic innego jak im wierzyć.Tak jak pisaliśmy we wcześniejszych relacjach – zrezygnowaliśmy ze wszystkich innych Parków Narodowych w Afryce na rzecz Krugera. Zamiast opisywać każdy z naszych 3 dni postaram się powiedzieć dlaczego z perspektywy czasu wydaje się to być jak najbardziej słuszna decyzja:
1. Odwiedzając Parki Narodowe w Afryce turyści chcą spotkać setki gatunków dzikich zwierząt. Z tego co się dowiedzieliśmy to w Krugerze występują wszystkie zwierzęta które można spotkać na czarnym lądzie – więc przyjeżdżając tu zobaczysz to na co masz ochotę i o wiele więcej.
2. Kasa. W porównaniu z innymi słynnymi parkami w Afryce (Serengeti, Masai Mara) Kruger to najrozsądniejszy wybór. Dzień na terenie parku jest nawet 10 krotnie tańszy niż w innych krajach.
3. Wygoda i komfort. RPA jest niezwykle zorganizowanym krajem – pod wieloma względami nie zawahałbym się go porównać do Niemiec. To wszystko również znajduje swoje odzwierciedlenie w Krugerze. Świetnie wyposażone base campy, system trackowania ruchu turystów po parku, systemy śledzenia zwierząt, patrole rangers’ów. Wszystko bardzo dyskretne, ale daje poczucie, że cały park funkcjonuje sprawnie jak szwajcarski zegarek.
Dlatego jeżeli jeszcze raz mielibyśmy decydować – postąpilibyśmy dokładnie tak samo. Co do osobistych odczuć to wizyta w Parku Narodowym jest czymś naprawdę fascynującym i zupełnie nieporównywalnym ze standardowym zwiedzaniem.Przebiegające przed maską zebry, gazele, bizony. Kąpiące się w rzekach krokodyle i hipopotamy. Stado 40 słoni przechodzących w odległości kilku kroków od samochodu. National Geographic – tylko bez telewizora.

top galeria

 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12